Blog, czy media społecznościowe – gdzie pisać?

Kiedy w sieci pojawiła się  możliwość blogowania, blogi najczęściej były prywatnymi pamiętnikami, dziennikami. Ludzie dzielili się z innymi nie tylko swoimi opiniami, ale i problemami, codziennością. Inni ilustrowali swoje wpisy zdjęciami swojego autorstwa. Były to fotki z podróży, przedstawiający czyjeś rękodzieło, ogródek, czy jeszcze jakieś kolejne hobby.

Źródło: Pixabay.com

Były też blogi, które bazowały w szczególności na zdjęciach – to fotoblogi. Jedne bardzo amatorskie, inne wręcz profesjonalne. Bywały to też miejsca prezentujące czyjąś drogę do stania się profesjonalnym fotografem.

A później powstały media społecznościowe…

I nagle wpisy prywatne i zdjęcia zaczęły pojawiać się głównie albo tylko tam. Wymarzonym miejscem do prezentacji zdjęć stał się Instagram, grafik i dzielenia się tymi, które wydają się ciekawe, a nie są koniecznie naszego autorstwa – Pinterest, a do dzielenia się codziennością – Facebook. Niby ma to sens: poprzez media społecznościowe można szybciej dotrzeć do osób potencjalnie zainteresowanych daną tematyką. Czy wobec tego na blogach nie ma już miejsca na życie prywatne ilustrowane dodatkowo zdjęciami? Są, aczkolwiek grupa ich odbiorców albo nieco zmalała albo trudniej teraz do niej dotrzeć.

Źródło: Pixabay.com

Trzeba też pamiętać, że jest pewna grupa osób, która – wprawdzie – korzysta z Internetu, ale do mediów społecznościowych pała tak dużą niechęcią, że w żadnym się nie zarejestrowała. Nawet jeśli 90% rodziny i znajomych tych ludzi ma choć jedno konto – np. na Facebooku – i jest to świetny sposób na kontakt z nimi – ludzie, o których mowa, nie zmieniają swojego zdania na przestrzeni lat. To jednak nie oznacza, że totalnie nie interesuje ich życie codzienne innych i nie lubią czytać ciekawych wpisów. Wszak dzisiaj sporo seriali, tzw. “tasiemców” traktuje właśnie o codzienności “zwykłych ludzi” i cieszą się one niezłą oglądalnością, choć jakościowo nie są nawet przeciętnie dobre choćby pod względem ról, czy gry “aktorskiej”.

Wolę blogi

Źródło: Pixabay.com

Mimo, że nie stronię od mediów społecznościowych, wolę czytać pewne wpisy w formie blogowej. Sama o pewnych rzeczach piszę tylko na blogu, choć myślę o utworzeniu nie tyle fan page’a, co po prostu strony odsyłającej do bloga na FB. Natomiast nie przewiduję pisania tam. Moim “miejscem pracy” jest blog, a media społecznościowe traktuję jako odsyłacze.

Nie namawiam nikogo, aby myślał identycznie. Każdy powinien pisać tam, gdzie jest mu najwygodniej – wtedy pisanie idzie po prostu lepiej. A to z kolei odbija się pozytywnie na wpisach.

Na ile czytań powinna wystarczyć książka?

Mimo, że w naszym życiu jest wszechobecna elektronika, nadal wiele osób lubi czytać książki w tradycyjnej – papierowej – formie. Wynika to z różnych przyczyn. Ze zwykłego przywiązania lub dlatego, że nie każdego stać na dobry czytnik e-booków, a słuchać audiobooków nie lubią.
Faktem jest, że biblioteki wciąż mają klientów – stałych i nowych. Na półkach pojawiają się co jakiś czas nowości książkowe, a biblioteki czasem wymieniają stare, “wyczytane” egzemplarze niektórych tytułów na nowe, bo wciąż są chętni na ich czytanie.

Źródło: Pixabay.com

I właśnie tu chciałabym się zatrzymać: na ile czytań powinna wystarczyć książka, zanim wypadnie z niej pierwsza kartka? I mam na myśli normalne użytkowanie, bez ciskania, używania książki jako podstawki pod talerze i stosowania innego rodzaju “przemocy” przez czytelników.
Niedawno skończyłam czytać serię książek o Harrym Potterze. Wypożyczałam je z pobliskiej biblioteki.  Obecnie są w niej 2 egzemplarze 6. tomu tej serii (Harry Potter i książę półkrwi) – obydwa tak samo wyczytane i cierpiące na notoryczne wypadanie większości kartek. Widać w nich próby podklejenia zawartości, ale to na dłuższą metę nie przyniosło pożądanych efektów. Książka jest gruba i liczy ponad 600 stron (300 kartek). Należy też do wciąż popularnej serii, czytanej przez ludzi w różnym wieku. Tymczasem padła ofiarą… niewłaściwego sklejenia i to już przez “producenta”.

Źródło: Pixabay.com

Kiedyś książki zszywano na grzbiecie; od długiego czasu większość tomów jest już klejonych, ale czym? Byle czym. Bo na jak długo taka książka dostaje gwarancję – albo też na ile czytań ma wystarczyć? Mam tu na myśli stan bez wypadającej ani jednej kartki, czy śladów tego, że kartka, czy wręcz część książki zaraz “wypadnie z zawiasów”?
Książki bywają dziś dość drogie – za punkt odniesienia biorę najniższą krajową pensję. Co otrzymujemy w cenie danego tytułu? Dobro kulturalne i wartość merytoryczną, ale i coś typowo materialnego: nośnik treści. Jeśli przeczytamy książkę raz i odstawimy ją na półkę, klej i tak kiedyś wyschnie i – prędzej, czy później – biorąc pewnego dnia dany tytuł znów do reki, możemy trochę się zdziwić, kiedy okładka i reszta książki okażą się 2 odrębnymi częściami. Tak nie powinno być…

Źródło: Pixabay.com

Płacąc za książkę mamy prawo oczekiwać pewnej jakości materialnej. Tym bardziej, jeśli książka jest zakupywana do biblioteki i ma szansę być czytana wielokrotnie. Dlaczego jeszcze nikt, czy wręcz żadne wydawnictwo nie wpadło na pomysł, że skoro  z niemal każdego nakładu danego tytułu pewna część będzie przeznaczana do bibliotek, to wobec tego powinna być  wydana w nieco mocniejszej formie, niż egzemplarze sprzedawane do rąk prywatnych w księgarniach?
Dlaczego dobrze wydana książka ma być luksusem, a różnica między egzemplarzem klejonym i szytym to czasem nawet kilkadziesiąt procent więcej w cenie egzemplarza szytego? Albo dlaczego książki zszyte na grzbiecie są wciąż w mniejszości? Książka ma nie tyle wyglądać, co długo służyć czytelnikom “w akcji czytania / oglądania”.

Źródło: Pixabay,com

Bo książka to w pierwszej kolejności  przedmiot na swój sposób użytkowy, a czy musi być też, czy wręcz głównie ozdobą salonu / gabinetu lub innego wnętrza? Owszem – może tak być, ale co to za książka, która tylko stoi na półce i strach ją ruszyć, żeby nie zniszczyć przy normalnym czytaniu / oglądaniu?
Zdaję sobie sprawę, że z bibliotek mniej i bardziej dobrowolnie korzystają też i tacy, którzy mają w ręku książkę, kiedy tylko naprawdę muszą lub kiedy jakiś tytuł jest bardzo popularny w danym momencie i sięga się po niego, bo “to czyta każdy”.

Kultura czytania w sensie kultura traktowania książek wśród tych kręgów bywa różna – OK. Ale tym bardziej wobec tego egzemplarze przeznaczone do bibliotek powinny być odpowiednio wzmocnione.

Zniszczone książki to nie wina bibliotek; często to nawet nie wina (sporej części) czytelników, tylko niedbałego ich wydania przy użyciu marnej jakości składników, w tym przede wszystkim kleju, mającego jakoś trzymać wszystko w całości.

Skąd brać inspirację do stworzenia adresu strony / bloga?

Pisałam już o tym, że kiedy komuś przychodzi do głowy pomysł, aby założyć i pisać blog, zwykle jednym z pierwszych pytań jest to o nazwę i adres. Jeśli miejsce to nie ma traktować o jednym konkretnym temacie, wymyślenie czegoś sensownego może nie być łatwe.

Jak jeszcze szukać – oprócz metod za i przeciw przedstawionych już we wpisie o początku blogowania inspiracji do znalezienia tego najwłaściwszego adresu strony lub bloga? Nie każdy czuje się na siłach do zabaw słownych, czy kombinacji literowo-cyfrowych na tyle, aby jego wysiłki przyniosły pożądany efekt. Wtedy można zajrzeć na stronę WOLNE ADRESY

Źródło: Pixabay.com

Każdego dnia traci ważność od ok. 1000 do nawet kilku tysięcy domen zarejestrowanych w firmach świadczących usługi rejestracji i przedłużania ich ważności w Polsce.

Jeśli właściciel w odpowiednim momencie nie reaktywuje takiej “wygasłej” domeny, a chce wciąż być jej posiadaczem, musi ją zarejestrować ponownie (o ile nie przejmie jej w międzyczasie nikt inny). Jednak ogromna większość domen staje się po prostu dostępna dla innych użytkowników i strona WOLNE ADRESY każdego dnia uaktualnia ich listę. Można coś z nich wybrać dla siebie albo zainspirować się jedną z tych nazw, aby stworzyć własną.

Czy jest coś złego w wykorzystywaniu już kiedyś istniejących domen lub tworzeniu nowych na ich podstawie? Jeśli jakaś domena została zastrzeżona, nie pojawi się ona od tak w spisie adresów “zwolnionych” przez dotychczasowych użytkowników. Warto jednak poszperać w sieci i sprawdzić, czy pod danym adresem kiedyś pojawiała się jakaś strona i o czym traktowała – chodzi o tzw. historię domeny. Dlaczego? Cóż, dany adres mógł być kojarzony przez pewne grono Internautów z taką, a nie inną działalnością. Jeżeli po jakimś czasie od zniknięcia konkretnej strony, w sieci pojawi się pod identycznym adresem coś zupełnie innego, może to odbić się negatywnie na nowym właścicielu. Zwłaszcza, jeśli poprzednia witryna opatrzona tym adresem kryła jakiś niepoważny projekt albo związany z czymś nielegalnym, ogólnie niepochwalanym.

8 faktów o Internecie w czasie, gdy zaczynałam swoją internetową przygodę, contra dzisiaj

Swoją przygodę z Internetem zaczęłam chyba w 2001 roku, jakoś wiosną. Od jakiegoś czasu słyszałam w radiu reklamę pewnej kafejki internetowej; u nas na osiedlu wkrótce powstało podobne miejsce.

Źródło: Pixabay.com

W końcu postanowiłam je odwiedzić. Za pierwszym razem czułam się tu jak Alicja w krainie czarów, ale szybko wsiąkłam.

Na jesieni 2002 roku kupiłyśmy do domu pierwszy komputer, a ja od razu założyłam stałe łącze* – z naszej ówczesnej kablówki. A jak wyglądał Internet na przestrzeni tamtych kilku lat?

  1. Z początku wystarczało łącze o prędkości 256 lub 512 kb /s, a 1 Mb/s to już było naprawdę COŚ
  2. Nie było Fejsa, ba, nawet NK jeszcze nie było – ludzie wymieniali poglądy na forach Internetowych
  3. “Na żywo” gadało się na chacie (czacie) lub na komunikatorach – GG, Tlen czy ICQ
  4. Nikt nie informował nas o plikach cookie, za to na wielu stronach byliśmy bombardowani masą wyskakujących okienek z reklamami
  5. Na Allegro faktycznie królowały aukcje wystawiane przez osoby prywatne
  6. Źródło: Pixabay.com

    Wujek Google był w powijakach – wielu rzeczy szukało się przez wyszukiwarki na dominujących polskich portalach informacyjnych

  7. Jak przeglądarka, to głównie Internet Explorer
  8. Sporo info zapisywało się na dyskietkach o pojemności mniejszej, niż 1,5 MB!

W takich warunkach zaczynałam zgłębiać tajniki sieci. Wraz z czasem rosła pewność siebie i wyczucie.

A dzisiaj:

  • łącze o prędkości 1 Mb/s to tragedia nawet po wykorzystaniu podstawowego pakietu danych (o wolniejszych łączach nie wspominając) – zwykła strona ładuje się wtedy “całe wieki”
  • fora internetowe to już domena konkretnej tematyki i porad na różne tematy
  • na żywo gada się przez messengery – FB, WhatsUpp, czy Tic Toc
  • strony informują nas o plikach cookie i często nie dadzą Ci spokoju, jeśli nie klikniesz, że zgadzasz się na te zasady

    Źródło: Pixabay.com
  •  na Allegro jest chyba więcej opcji “kup teraz”, niż aukcji i więcej firm, niż sprzedawców prywatnych
  • jak szukać czegoś w sieci, to “tylko” przez Google – to chyba najczęściej używana wyszukiwarka
  • Internet Explorer? Kto jeszcze tego używa?
  • portale informacyjne wciąż mają wyszukiwarki, ale dziś już i one opierają się na Google
  • Dyskietka? A co to? Dzisiaj liczy się jakakolwiek pamięć przenośna, ale z furą gigabajtów do wykorzystania lub możliwość zapisu danych w tzw. “chmurze

 

*łącze stałe – płaciłeś stałą kwotę co miesiąc, niezależnie od tego, ile siedziało się w sieci – w przeciwieństwie do Internetu świadczonego przez ówczesną Telekomunikację Polską, gdzie opłata była minutowa lub impulsowa

Masz już stronę / blog? Teraz trzeba dotrzeć do czytelnika

Kiedy mamy już swój blog / sklep / stronę umieszczoną w sieci, jesteśmy dopiero na początku drogi docierania do czytelnika, czy klienta. Zanim nasza witryna w ogóle zacznie być “zauważalna” przez wyszukiwarki, minie kilka dni od momentu jej publikacji w sieci. Żeby sprawdzić, czy Google “widzi” już efekty naszej pracy, wpisujemy w polu adresu w przeglądarce: site:adresTwojejstrony. Czyli, jeśli ja chciałam sprawdzić niniejszy blog, wpisuję: site:gosiawsieci.com.pl

 

Źródło: Pixabay.com

Jednak samo “zauważenie” naszej witryny przez wyszukiwarki nie oznacza, że ktoś zainteresowany tematyką, o której piszemy, czy branżą, w której mamy nasz sklep, łatwo znajdzie nas w Internecie. Co więc zrobić, aby trafiać do odbiorcy?

Po pierwsze: Postaw na odpowiednie  słowa kluczowe

Słowa kluczowe to określenia – jedno i wielowyrazowe – odnoszące się do tematyki naszego bloga lub branży sklepu. Jeśli więc sprzedajesz czapki, mogą to być np. czapki, czapki zimowe, czapki na jesień, eleganckie czapki, sportowe czapki itd. Jeśli jednak sprawa nie jest aż tak prosta i oczywista, warto skorzystać choćby z tego poradnika.
Aby słowa te vel tagi, wykorzystać np. na blogu prowadzonym w systemie WordPress, skorzystaj z wtyczek do organizacji tzw. metatagów. Ja np. używam Head Meta Tags, ale oczywiście wybór takich wtyczek jest znacznie szerszy.

Po drugie: pozycjonuj

Pozycjonowanie to – najprościej rzecz ujmując – ogół działań, jakie podejmujesz, aby Twoja strona była odnajdywana przez wyszukiwarki i znajdywała się jak najwyżej w wynikach wyszukiwania. Im wyższa pozycja, tym większa szansa sporej liczby odwiedzin osób zainteresowanych daną tematyką.

Źródło: Pixabay.com

Jeśli założyłeś firmę, warto zlecić pozycjonowanie strony / bloga firmowego / sklepu specjalistycznemu przedsiębiorstwu lub specjaliście, który zajmuje się tym zawodowo na własny rachunek. Oczywiście pociąga to za sobą pewne koszta i to nie ponoszone jednorazowo.

Trochę inaczej sprawa ma się w przypadku, jeśli jesteś osobą prywatną, o ograniczonych środkach finansowych.

Co Ty sam/-a możesz zrobić dla swojego bloga / swojej strony?

To, że nie dysponujesz (jeszcze) środkami na w pełni profesjonalne pozycjonowanie, nie oznacza, że nie możesz zrobić nic, aby poprawić pozycję swojej witryny w wyszukiwarce. Co możesz robić sam/a?

  • powiedz o swojej stronie / blogu rodzinie i znajomym
  • poproś ich, aby mówili o Twojej  stronie swoim znajomym, którzy mogą być zainteresowani daną tematyką
  • osobom najbardziej zainteresowanym, zaproponuj mailing z informacją, że umieściłeś/-aś na blogu / stornie coś nowego
  • utwórz fan page na Facebooku, stwórz powiązane ze stroną konto za Instagramie lub Twitterze (albo w obydwu miejscach, jeżeli będziesz w stanie o nie dbać i aktualizować regularnie)
  • regularnie pisz na blogu
  • komentuj blogi innych – najczęściej przy zostawianiu komentarza, mamy też pole na adres naszej strony – nie SPAMuj przy tym; niech Twoje komentarze będą powiązane z tematyką komentowanej notki, a nie brzmią w stylu: fajny blog, wpadnij do mnie. Raczej nikt dzisiaj nie chce takich komentarzy u siebie – Ty chyba także nie, prawda?
  • przy pisaniu na blogu korzystaj z “kategorii” lub / i “tagów” – ułatwia to wyszukiwanie dokładnie tego, co dany Czytelnik może chcieć znaleźć
  • we wpisach korzystaj ze słów kluczowych (warto je np. pogrubić) – pisząc o kwiatach doniczkowych, użyj czasem określenia “kwiaty doniczkowe”, “kwiatki doniczkowe” albo z pytań typu: “gdzie można / warto kupować kwiatki doniczkowe?”
  • zaproponuj znajomym posiadającym strony i blogi tzw. wymianę linków – Ty umieszczasz u siebie linki do ich stron i vice versa – może to być lista typu “Odwiedzam strony i blogi” lub “Polecam” albo “Podobne strony i blogi” albo we wpisach poświęconych konkretnej tematyce. Im więcej wartościowych stron (z dobrą treścią) będzie odsyłało do twojej strony, tym lepiej.
  • pamiętaj, że pozycjonowanie, to proces, który trzeba cały czas kontynuować!

Cierpliwości i powodzenia!

Oszustwo na żołnierza, biznesmena, czy lekarza

Przykłady takich oszustw pojawiały się już ok. 10 lat temu, kiedy zaczęły być popularne media społecznościowe i portale randkowe, szczególnie te międzynarodowe. Tym bardziej dziwić więc może fakt, że wciąż są osoby, które dają się nabrać i to w czasach, kiedy tak często przestrzega się przed oszustwami polegającymi na podszywanie się pod kogoś i wyłudzaniu w ten sposób pieniędzy.

W skrócie: “w realu” mamy oszustwa na wnuczka, przyjaciela, czy policjanta, w sieci  – na amerykańskiego żołnierza, lekarza, czy biznesmena w opałach.

Kocham Cię, jesteś piękna!

Ofiarami scamnerów są najczęściej kobiety w różnym wieku, zazwyczaj dosyć samotne, nie żyjące w związku, które dawno nie doświadczyły miłości i zainteresowania ze strony płci przeciwnej. Niezależnie od miejsca w sieci, w którym “rozgrywa się akcja”, kobieta zostaje zaproszona do znajomości przez mężczyznę o obco brzmiącym nazwisku. Zaczyna się wymiana wiadomości prywatnych lub e-maili. Mężczyzna najczęściej pisze, że jest:

  1. amerykańskim żołnierzem na zagranicznej misji
  2. lekarzem na zagranicznej misji
  3. biznesmenem prowadzącym właśnie interesy w jakimś dość niespokojnym miejscu (Afryka, niektóre niezbyt spokojne kraje azjatyckie) albo własnie tam płynie statkiem.

 

Źródło: Pixabay.com

W 80% przypadków, najpóźniej w 3. wypowiedzi, “zalotnik” zaczyna kobiecie bardzo słodzić, używając tanich chwytów: jesteś piękna, jesteś cudowna, kocham Cię!

Wiele kobiet, słysząc taką historię np. od znajomej, stuka się w głowę i mówi: nie bądź głupia, jesteś zbyt doświadczona, by lecieć na takie tanie frazesy! Poza tym, jak może Cię kochać, znając Cię tylko ze zdjęcia i kilku wymienionych zdań? Wbrew pozorom to zazwyczaj nie powoduje oprzytomnienia. Zbajerowana kobieta brnie dalej w tę znajomość.

Kochana! Ratuj! Jestem w potrzebie!

I nagle: bum! Przychodzi do kobiety wiadomość od nowego ukochanego: gość jest w opałach, potrzebuje kasy lub żeby mu coś przechować.

W zależności za kogo się scammer podał, może napisać, że:

  1. Właśnie zaczął się / był kolejny atak na jego jednostkę. On już tu nie może wytrzymać. Nie ma jednak kasy na wyjazd, bo wypłata żołdu jest za tydzień, dwa lub trzy.
  2. Kończy się jego misja, ale pieniądze wpłyną na jego amerykańskie konto, do którego tutaj gdzie jest, nie ma dostępu
  3. Wyjeżdżą stąd, gdzie jest, ale chce wywieźć sporo kasy bez wiedzy zwierzchników – kobieta ma mu podać swoje dane, żeby mógł jej je przesłać (kradzież danych osobowych się kłania)
  4. Źródło: Pixabay.com

    Tutejsze bankomaty nie chcą wypłacić mu kasy z jego konta; żaden tutejszy bank nie może mu tego umożliwić

  5. Jego statek został napadnięty przez piratów – ukradli załodze i pasażerom wszystko, co wartościowe oraz gotówkę. Zanim jego bank przekaże mu pieniądze, on nie ma za co żyć.
  6. Nie może zalogować się do swojej bankowości internetowej; podaje kobiecie rzekome dane do logowania oraz równie rzekomy adres do swojej bankowości. Z chwilą, gdy kobieta użyje tych danych, wykradane są jej wszelkie dane w tym do jej bankowości – wiadomo, czy to w ostateczności skutkuje.

Oczywiście to przykładowe scenariusze; czasem mieszają się ze sobą 2 z tych rozwiązań.

Kobieta zaczyna wysyłać pieniądze i… nie może z tym skończyć

Źródło: Pixabay.com

Wiele kobiet zaczyna wysyłać nieznajomemu w ww. sytuacjach pieniądze. Czasem zaczyna się od kilkudziesięciu dolarów lub euro, innym razem od kilkuset. Niektóre panie biorą pożyczki lub zastawiają i sprzedają swoje cenne rzeczy, aby tylko “poratować ukochanego”.

A temu ciągle coś wypada, jak nie pech, to kolejne zlecenie i wyprawa biznesowa, więc wciąż odkłada obiecywany przyjazd.

A później zaczyna szantażować i grozić, aby wyłudzić więcej pieniędzy albo – wyciągnąwszy tyle, ile mógł od danej kobiety – nagle przestaje się odzywać.

Jak scammer tworzy konto w mediach społecznościowych?

Źródło: Pixabay.com

“Przepis” jest prosty – wystarczy zdjęcie przypadkowej osoby (czasem – oczywiście w mundurze) oraz równie przypadkowe nazwisko.

Co ciekawe – zdarza się, że zdjęcia konkretnego człowieka są wielokrotnie wykorzystywane przez scammerów i to latami. Mogłoby się więc wydawać, że konkretny wizerunek powinien się niektórym paniom wydawać znajomy i wzbudzić podejrzenia. Jednak – niestety – zazwyczaj “mądra Polka po szkodzie”. Często osoby poszkodowane przez scmammerów ostrzegają znajome – rozsyłają zdjęcia użyte przez oszusta. Kto wie, ile kobiet udało się uratować przed stratami materialnymi, ale nadal drugie tyle lub więcej, wciąż daje się głupio oszukać, bo – niczym nastolatki – wierzą w piękne słówka osoby, które nie spotkały ani razu w życiu realnym. Te, które brną w taką znajomość, na sugestię, że są oszukiwane, często reagują złością  i oskarżają ostrzegające je osoby p zazdrość – działają jak zahipnotyzowane.

Nie dać się zmanipulować

Kobiety spragnione miłości i stałego związku, są łatwym celem dla oszustów. Łatwo grać na ich uczuciach. I wielu to wykorzystuje. Proceder wciąż niestety trwa. Co na to poradzić? Mieć świadomość, jak łatwo osoba samotna, chcąca być kochaną i adorowaną, może zostać zmanipulowana. A życie to nie komedia romantyczna, w której wielka miłość rozwija się w realne dwie godziny, a wiele rzeczy widzimy w ogromnym skrócie. I przede wszystkim to nie jest tak, że “mnie to nigdy nie spotka”. Czasem lepiej uczyć się na błędach innych, niż swoich – jakkolwiek to nie zabrzmi.

Gdzie pisać blog? Darmowa platforma, czy lepiej być „na swoim”? Cz. II

W poprzedniej części była mowa o tym, gdzie dziś warto pisać blog za darmo. Jeśli jednak z jakichkolwiek względów ktoś chce od razu pisać blog na własnym hostingu i pod własną domeną lub przejść na takie rozwiązanie, powinien wiedzieć o kilku rzeczach.

Nie kupuj hostingu w pierwszym lepszym miejscu!

Koniecznie porównaj kilka ofert różnych firm – już na początku zobaczysz, że w tej samej cenie możesz dostać chociażby różną ilość miejsca na pliki związane z blogiem.

Kilka rad, na co zwracać uwagę:

Uwaga na tzw. promocje! Czasem hostingodawca daje użytkownikowi na pierwszy rok korzystania z całkiem fajnego hostingu (parametry, możliwości) spory rabat. Brzmi super,  ale za rok będzie trzeba zapłacić za tę samą usługę nawet od kilkudziesięciu do kilkuset % więcej! Jeśli więc firma proponuje rabat na początek, warto doczytać lub dowiedzieć się za pomocą maila / rozmowy telefonicznej, ile kosztuje dany pakiet hostingowy bez rabatu.

  1. Popatrz, co dają różne firmy w tej samej cenie – niech to będzie np. 50 zł / rok; niektóre firmy dadzą Ci w tym 1-5 GB miejsca na pliki, a inne nawet 20 GB!
  2. Źródło: Pixabay.com

    Hosting to jednak nie tylko ilość miejsca na pliki; to także ilość transferu – niektóre firmy w każdym pakiecie dają nieograniczony transfer, ale cena pakietów proponowanych przez taką firmę jest spora, począwszy od najskromniejszej opcji. Warto zwrócić tez uwagę na liczbę domen / poddomen do podpięcia, liczbę możliwych do  stworzenia skrzynek e-mail, czy tzw. klientów FTP – to jednak tylko w przypadku, jeśli przypuszczasz, że kiedyś założysz kolejną stronę lub podstrony.

  3. Warto też zwrócić uwagę, czy konkretna firma wymaga zawsze płatności za rok hostingu z góry, czy umożliwia płatności np. co pół roku, kwartał lub nawet co miesiąc. I jaki daje rabat, jeśli zapłaci się za rok z góry – najczęściej są to wtedy 2 miesiące gratis (czyli za 12 miesięcy płacisz, jak za 10).

Moje prywatne polecenie:

Wszystkie moje strony i blogi mam na hostingu z firmy WEBD. Moim potrzebom odpowiada w tej chwili pakiet  Hosting Mini:

Źródło: WEBD.PL – obecnie Hosting Mini kosztuje 5.99 /mc

 

Firma proponuje 4 pakiety hostingowe w naprawdę fajnych cenach; w dodatku można płacić za usługę co miesiąc, kwartał, pół roku lub raz na rok – dla osoby prywatnej to naprawdę korzystne rozwiązania. Jeśli zapłacisz za rok z góry, masz 2 miesiące gratis, czyli cena jest policzona jak za 10 miesięcy.

A co z domeną?

Pierwsza istotna uwaga:

Źródło: Pixabay.com

hostingu i domeny nie trzeba wykupywać u jednego usługodawcy!

Jeżeli domenę zarejestrujemy w innej firmie, trzeba dokonać odpowiednich zmian w DNS, aby podpiąć ją pod swój hosting. 
Właściwe wartości DNS podaje nam firma, w której mamy hosting. Dane są podane albo na naszym koncie klienta, ewentualnie w FAQ. Mając problem z ich znalezieniem, warto napisać e-mail w tej sprawie do naszego hostingodawcy.

I znów: najpierw porównaj ceny! Nie tylko rejestracji, ale i odnowienia!!!

Płacąc pierwszy raz za domenę, opłacamy jej rejestrację i istnienie na 12 miesięcy. Przedłużyć jej ważność na kolejny rok lub lata można zazwyczaj w dowolnym momencie, klikając w odpowiednią opcję na swoim koncie klienta na stornie firmy, w której zarejestrowaliśmy domenę.
Niektóre firmy dość często proponują rejestrację domen (najczęściej .pl, .com., czasem też innych):

  • za złotówkę
  • za 0 zł
  • gratisowo za darmo, jeśli wykupimy w tym samym miejscu także hosting.

Czy taka opcja się opłaca?
Żeby to stwierdzić, warto znaleźć informację lub napisać e-mail z zapytaniem, ile kosztuje przedłużenie ważności danej domeny na kolejny rok. W ostatnim ze wspomnianych rabatowych przypadków warto też zobaczyć, ile w danej firmie kosztuje także sam hosting, który też opłacamy co roku.

 

Źródło: Pixabay.com

Moje prywatne polecenie co do domenCzasem warto – np. za domenę .pl – zapłacić kilkanaście złotych za rejestrację, aby koszt za pierwszy i drugi rok działania domeny nie przekroczył 100 zł. Jeśli zarejestrujemy domenę za symboliczną złotówkę lub za darmo / gratisowo, usługodawca zazwyczaj „odbije” sobie to dobrodziejstwo przy opłacie za przedłużenie ważności domeny na kolejny rok / lata.

Bardzo rozsądne ceny co do rejestracji i przedłużenia ważności domen ma firma SEOHOST. Mam tu wykupionych kilka domen i moja współpraca z ta firmą układa się bardzo dobrze. Pakiety hostingowe też mają niezłe,jednak wypadają one nieco drożej, niż we wspomnianym wyżej WEBD. Aczkolwiek, jeśli ktoś nie chce zagłębiać się w zmiany w DNS celem podpięcia domeny pod hosting wykupiony gdzie indziej, może spokojnie pomyśleć o kupieniu któregoś pakietu także w SEOHOST– na pewno nie przepłaci w porównaniu z wieloma innymi usługodawcami tego typu!

Strach przed techniką – rodzaj fobii?

Urodziłam się końcem lat 70. XX wieku. Od najmłodszych lat byłam ciekawa nowinek technicznych. Marzyłam o komputerze. Niektórzy moi rówieśnicy mieli takie urządzenia już w latach 80. Ja ledwo namówiłam rodziców na odtwarzacz video początkiem lat 90. I to tylko dlatego, że mój ojciec “na neutralnym gruncie” zobaczył, że to fajny sposób na obejrzenie w dowolnej chwili akurat takiego filmu, na jaki ma się ochotę (o ile był w wypożyczalni).

Ja i komputer

Źródło: Pixabay.com

Lekcje informatyki w I klasie liceum (rok szkolny 1994/1995) spowodowały u mnie jednak strach przed komputerem. Polegały one bowiem na tym, że nauczyciel mówił, co trzeba wcisnąć, aby zrealizować zadanie, które ma być gotowe i zapisane na dyskietce na koniec lekcji (proces wieloetapowy, czyli wiele kliknięć w odpowiedniej kolejności). Inaczej groziła ocena niedostateczna na koniec lekcji.
Szybkość działania narzucona przez nauczyciela oraz totalny brak teorii wprowadzającej nas w świat pracy na komputerze w ówcześnie dostępnych systemach operacyjnych, spowodowały u mnie i u ponad połowy klasy niechęć, wręcz strach przed komputerem oraz przeświadczenie, że “to nie dla mnie”. W miarę odnajdywały się na tych lekcjach tylko osoby, które miały już względnie stałą styczność z komputerem, choćby u siebie w domu.

Przełamanie lodów

Źródło: Pixabay.com

W 2001 roku, kiedy nasłuchałam się reklamy o jednej z pierwszych kafejek internetowych w moim mieście, postanowiłam udać się do analogicznego miejsca, które akurat powstało niemal naprzeciwko bloku, w którym mieszkałam. Moja wiedza nt. obsługi komputera z zakresu Internetu ograniczyła się do tego, co przeczytałam w 1. rozdziale książki o początkach w Internecie – co to jest pasek adresu i jak wyszukiwać zagadnienia. Nie wiedziałam jeszcze natomiast mnóstwa innych podstawowych rzeczy, jak choćby: jak zamknąć okno z przeglądaną stroną, czy jak założyć pocztę elektroniczną.
Jednak to co wiedziałam na początku, wystarczyło. To, oraz fakt, że nikt nie stał za moimi plecami z groźną miną i nie mówił do mnie półsłówkami, z których nic nie rozumiałam.
I tak zaczęłam się moja przygoda z Internetem i komputerem, która trwa do dziś. Osobom, które skończyły chociaż technikum informatyczne lub kilka kursów komputerowych może wydawać się, że to, co umiem dzisiaj, to niewiele. Jednak nauczyłam się tego sama, na własnych błędach i samodzielnie szukając rozwiązań.

Smartfon, a po co mi takie ustrojstwo?

Dosyć długo nie mogłam zdecydować się na wymianę zwykłego telefonu komórkowego na smartfon.

Źródło: Pixabay.com

Być może chodziło o moje skromne zasoby finansowe i niechęć do pakowania się w abonament z telefonem na raty. Dziś mam już na tę sprawę inny pogląd, ale jeszcze kilka lat temu było właśnie tak: telefon na kartę / ewentualnie na mixa i zwykły aparat telefoniczny, który mogłam kupić za gotówkę = kosztujący do 300 zł.

W 2015 roku postanowiłam jednak coś w życiu zmienić. Na początek przestałam patrzeć, jak smartfony były wtedy użytkowane przez młodzież (wiadomo: rozmowy i krótkie wiadomości tekstowe były na szarym końcu). I nie żałuję. Dziś mam już chyba 4. smartfon pod rząd. I myślę, że już całkiem nieźle wykorzystuję możliwości tego urządzenia (tzn. nie konkretnie aktualnie posiadanego modelu, ale smartfona w ogóle).

Pomóc przezwyciężyć strach przed nowymi urządzeniami

Źródło: Pixabay.com

Chyba tylko osoba, która chorobliwie się czegoś boi – ma fobię – może zrozumieć tę specyficzną niechęć niektórych osób do coraz to nowych urządzeń technicznych z zakresu telefonów, RTV i AGD. U niektórych osób problem tkwi w braku wiary w swoje możliwości: ja się tego nie nauczę. Później dochodzi więc próba wmówienia sobie i innym: bez tego można przecież żyć, więc po co ja mam się męczyć?

Tak ma wiele osób będących dziś wiekowo 60+.

Moja Mama musiała “na stare lata” nauczyć się obsługiwać nową pralkę, odtwarzacz video i DVD, komputer, komórkę i od zeszłego roku także smartfon. To sporo jak na osobę, która zaczynała to wszystko, mając na karku 70 lat (a dziś już więcej). Czasem musieć znaczy móc, bo nie ma innego wyjścia. Od niedawna dostaję od Mamy nie tylko telefony, ale i SMSy i MMSy. Mama umie już też zrobić smartfonem zdjęcie i wysłać. Dla mnie super, bo jeszcze rok temu Mama zarzekała się: ŻADNEGO SMARTFONA!!! Tu ważne było, że niektórych funkcji nowego aparatu telefonicznego uczyła ją osoba zbliżona do niej wiekiem – jej wieloletnia znajoma.
Mama korzysta też z Internetu na komputerze – m.in. z poczty, wyszukiwarki i Youtube. To sporo. A ja jej powtarzam – szukaj tego, co Cię interesuje, to pomaga.

Pomaga ciekawość świata

Źródło: Pixabay.com

W pokonywaniu strachu przed nowinkami technicznymi pomaga sama ciekawość świata. Ważny jest więc otwarty umysł.

Oczywiście, nie wszyscy jesteśmy w stanie przekonać się do wszystkiego – ja np. wciąż wolę manualną skrzynię biegów w aucie od automatycznej. Dlaczego? Nie wiem. Może po prostu skrzynia manualna nie jest dla mnie problemem?
Jednak, czasem mamy wybór, a w innych sytuacjach niestety nie i trzeba nauczyć się czegoś, co miało do tej pory – niczym strach – “wielkie oczy”. Wielokrotnie zdarza się, że lepiej i szybciej czegoś się nauczymy, jeżeli pomaga nam w tym osoba zbliżona do nas wiekiem.
Pamiętaj: to Ty panujesz nad techniką, nie ona nad Tobą. To technika jest dla Ciebie, nie Ty dla niej. Gdyby pamiętali o tym wszyscy użytkownicy choćby mediów społecznościowych, pewnie nie byłoby takich zjawisk jak hejt, a w każdym razie nie na taką skalę.
Nie zatrzymamy  postępu, jednak każdy z nas może chociaż podjąć próbę takiego wykorzystywania dóbr rozwoju, aby nie przysłoniły nam one świata realnego.

Polecam:

Artykuł
Technofobia nie jest nowym zjawiskiem

Nazwa bloga osobistego lub o codzienności

Na wstępie chcę od razu zaznaczyć – w niniejszym wpisie blog o codzienności nie jest równy blogowi lifestylowemu! Pisząc o nazwie / adresie tego ostatniego,  kierowałabym się innymi kryteriami.

Źródło: Pixabay.com

OK, chcesz pisać blog o swojej codzienności, osobisty – bez adresu ani rusz, po prostu nie da się! Ale jak wymyślić ten adres?

  1. Warto sprawdzić na jakiejkolwiek stronie pozwalającej zarejestrować domenę, (wyszukiwarka domen taka jak TA), czy  dany adres jest wolny; czasami adres z daną domeną jest zajęty, ale pod nim nie ma (jeszcze) żadnej strony. Wklepywanie go więc w przeglądarkę internetową nie zawsze odpowie nam na pytanie, czy nie istnieje adres, czy tylko strona. Tylko taka wyszukiwarka wskaże nam, czy na pewno dany adres został już przez kogoś zarejestrowany i czy nie ma identycznego z inną domeną – np. .pl i .com
  2. Wybrany przez nasz adres istnieje np. z domeną .com lub .com.pl, a w domenie .pl jest wolny. Tutaj zastanowiłabym się nad sensem takiej rejestracji, bo wtedy będzie trzeba często tłumaczyć: mój blog jest z końcówką .pl, a te z innymi końcówkami należą do kogoś innego. Tym bardziej, jeśli nasz adres jest już wykupiony w domenie .pl, to nie warto pchać się w inną domenę z tym samym adresem. Np. – ktoś chce nadać blogowi adres “pisaniebloga”. Okazuje się, że istnieje już “pisaniebloga.pl“. Czy warto wtedy tworzyć adres pisaniebloga.com lub pisanie bloga.com.pl lub z jeszcze inna końcówką? Tu zgadzam się z innymi piszącymi poradniki o nazywaniu blogów, że nie.
  3. Jaką końcówkę wybrać? Warto zacząć od .pl. Zwłaszcza, jeśli piszemy po polsku, dla polskich czytelników. Poza tym to “neutralna” końcówka – nie sugeruje tematyki (jak choćby .auto.pl), czy miejsca, którego może blog dotyczyć (tzw.. domeny regionalne jak: .waw.pl, malopolska,pl itd), ani tego, czy blog kiedyś stanie się komercyjny, czy nie (.com lub .com.pl). Można też oczywiście wybrać końcówkę .blog, jednak domena ta może nie być dostępna u wszystkich rejestratorów i bywa droższa zarówno w rejestracji, jak i przedłużeniu na kolejne lata, niż .pl.

To co zawrzeć w adresie?

Źródło: Pixabay.com

Niektórzy uważają, że dobrym rozwiązaniem jest imię i nazwisko, samo nazwisko, pseudonim itd. Jeśli Ci to pasuje, bo blog “kręci się wokół Twojej osoby”, to OK. Jednak tutaj poruszę już kolejny problem: polskie znaki diakrytyczne. Jeśli Twoje imię kończy się na -sław/-a (Mirosław-a, Stanisław-a) albo jesteś Łukaszem lub Małgorzatą, to Twoje imię w adresie strony straci swoje pierwotne i właściwe brzmienie. A jeśli dodatkowo, masz też jakieś “kropki”, “kreseczki” lub “ogonki” w nazwisku (ż, ą, ć itd.), adres bloga tym bardziej może wyglądać “dziwnie” – patrz choćby imię Róża. Dodatkowy kłopot zdarzy się wtedy, gdy Twoje nazwisko / pseudonim inaczej się, pisze, a inaczej czyta… Dlatego – moim zdaniem – swoim imieniem i nazwiskiem warto ewentualnie podpisywać posty, a niekoniecznie umieszczać je w adresie.

Kolejna sprawa – to w ogóle unikanie w adresie wyrazów z polskimi znakami. Popatrzmy na adres – całkiem przykładowy: codzienne bóle głowy = codzienneboleglowy. Albo: uczę się języków = uczesiejezykow. Albo jeszcze: nie zbijam bąków – niezbijambakow. Dziwne, prawda? Zwłaszcza, że mamy dwa podobnie pisane słowa: bąk i bak, a oznaczają totalnie co innego. Chodzi więc właśnie o to, aby sam adres brzmiał jasno i sensownie i żeby od razu było wiadomo, o co chodzi.

 

Źródło: Pixabay.com

A co z językami obcymi: angielskim, czy szpanowaniem łaciną? I tu ponownie uczulam – bo pisałam o tym w innym wpisie: nie wszyscy polscy czytelnicy znają choć podstawy jakiegoś języka obcego – a jak już, nie zawsze jest to angielski, czy tym bardziej łacina.

To gdzie szukać inspiracji?

  1. Wykorzystaj swój wygląd, umiejętności lub cechy charakteru: może nosisz okulary, jesteś piegowaty, rudy, masz taki, a nie inny kolor oczu, wolisz raczej chomiki, niż psy, lubisz dwa konkretne kolory, umiesz wysoko skakać, często ogarnia Cię melancholia i chęć do marzeń itd.? Może więc “szarymokiem”, “przezbryle”, “spojrzeniapiegowatej”, “zielonoczerwona”, “blondkucykowa”, “dresowabrunetka”, “gdybaniemarzycielki”, “szczyptamelancholii”?
  2. Gdy zamierzasz pisać całkowicie poważnie: “branenaserio”, “nieczasnafraszki”, “zadumana” albo “zadumany/zadumana+Twoje imię
  3. Chcesz pisać trochę z przekąsem, może zabawnie, z przymrużeniem oka? “nietylkonaserio”, “uszczypliwie”, “krzywelustro”, “zawszezhumorem”, “przezzieloneokulary”, “krztaniepowagi”
  4.  Zupełnie brak pomysłu? To może “Twoje imię bloguje / pisze” np. “Tadekpisze”, “Basiabloguje”? Albo “blogTadeusza”, “toiowooPawle”

Adres nie powinien być zbyt długi, ale też każdy powinien mieć szansę szybko go zapamiętać. Nie wszyscy noszą ze sobą notes i nie korzystają z takiej opcji na smartfonie – ba, nie wszyscy mają smartfon.

Sama doświadczyłam stanu, kiedy totalnie nie miałam pomysłu na

Źródło: Pixabay.com

nazwę bloga, choć kombinowałam na 10. stronę. Wtedy właśnie zauważyłam, że wszyscy doradzający zakładają, że każdy chce koniecznie na blogu zarabiać i ten cel przyświeca im od samego początku. Piszą więc o powadze sytuacji i “kreowaniu własnej marki”. Tymczasem marką może być Twoje nazwisko, nawet jeśli nie nazwiesz nim bloga. Owszem, powinno się ono znaleźć np. pod każdą notką albo w menu na blogu: “Ten blog pisze ……. ……., który/-a jest autorem / autorką wszystkich wpisów” – wtedy czytelnicy mają stalepod ręką nazwisko autora i twórcy bloga.

Pozostaje mi życzyć powodzenia każdemu, kto ugrzązł na kroku wymyślania adresu bloga. Zróbcie sobie czasem dzień przerwy w rozmyślaniach. Miałam już sytuację, gdy odpuściłam na trochę i nazwa sama do mnie przyszła.

Szukasz darmowego konta bankowego na dogodnych warunkach? Polecam ING – 50 zł za założenie konta!!!

Jestem w ING od ponad dekady. I mam tu konto zupełnie za darmo. Jak to możliwe?

Otóż:

  1. Obsługa konta i bankowości internetowej jest za 0 zł
  2. Jeśli wiesz, że nie wydasz miesięcznie 300 zł za pomocą tradycyjnej karty (wtedy jest ona za darmo, inaczej jej obsługa kosztuje 7 zł /mc), możesz założyć z poziomu bankowości internetowej darmową elektroniczną kartę Master Card. Mając smartfon z NFC, możesz płacić taką kartą w sklepach – właśnie za pomocą telefonu! Nie zapłacisz nią za zakupy via Internet, ale tu możesz użyć BLIKa.
  3. Masz darmową 1 wypłatę w miesiącu z dowolnego bankomatu przy użyciu BLIKa
  4. Konto założysz przez Internet.
  5. Z poziomu bankowości internetowej załatwisz sprawy w e-urzędzie, możesz też założyć tutaj profil zaufany!
  6. Możesz otrzymać 50 zł za otwarcie konta, jeśli skorzystasz z mojego kodu polecającego: 70B6UL