Jak to było z moją edukacją?

Ogólnie o edukacji już pisałam. A jak to było ze mną? Czy dokonałam słusznych wyborów? Co mam z tego teraz?

Powiedzmy sobie szczerze: mogłam lepiej wybrać studia lub po prostu szkołę policealną… Ale jak ktoś Ci od najmłodszych twoich lat „tyrpie” nad głową, że pójdziesz na studia i to zapewne na humanistyczne, „tak jak mama”, to w końcu w to wierzysz i już nawet nie starasz się zmienić Twojego „przeznaczenia”. Owszem, uczysz się innych przedmiotów – być może nawet idą Ci nieźle, ale Ty już nosisz w sobie już to przekonanie: „polonistyka” lub coś bardzo pokrewnego i wiele rzeczy w tej swojej edukacji temu podporządkowujesz.
Kiedy zdawałam na studia, na polonistyce otwarto właśnie nową specjalizację (coś z mediami) – rzuciło się więc na niego sporo ludzi. Nie dostałam się – za mało punktów. Gdybym startowała na specjalizację nauczycielską, jeszcze bym się załapała… Dziś jednak cieszę się, że do tego nie doszło… Byłam blisko dostania się na pedagogikę specjalną -zabrakło mi 0,8 punktu – tak: OSIEM DZIESIĄTYCH! Wprawdzie trochę osób zrezygnowało, więc w rezultacie i tak wskoczyłam na listę przyjętych, powiadomili mnie jednak o tym na dzień przed rozpoczęciem roku akademickiego, kiedy już od 3 tygodni wiedziałam, że dostałam się na inną filologię. Z czystego lenistwa nie przeniosłam dokumentów (i do pewnego stopnia pluję sobie w brodę).
Jest też kilka rzeczy, do których miałam podczas moich lat nauki pecha:

NAUKA JĘZYKÓW OBCYCH

Pod tym względem poszczęściło mi się tylko z językiem włoskim. Chciałam się go uczyć i pod jego kątem szukałam liceum. Włoskiego uczyła nas tu nasza wychowawczyni; jak ktoś chciał się tego języka nauczyć, to się nauczył – to był jedyny przypadek, kiedy podczas nauki języka obcego nikt nie zmarnował naszego (uczniów) czasu. Co mam na myśli?
Otóż – taki angielski. W szkole podstawowej zaczęliśmy się go uczyć w klasie piątej – co rok inny nauczyciel, co rok inny podręcznik i za każdym razem właściwie zaczynaliśmy naukę od początku. Powiedzmy sobie szczerze – nawet przy jednej lekcji tygodniowo, 4 lata nauki to na tyle dużo, żeby jakiegoś języka trochę się poduczyć. Jednak ww. praktyka sprawiła, że opuszczając podwoje podstawówki, wciąż byliśmy początkujący.

Liceum – nauczycielka niby popytała nas, z jakich podręczników się uczyliśmy i na jakim poziomie – tylko po to, żeby znów zacząć nas uczyć… od początku. Tyle, że tu chociaż mieliśmy jednak kontynuację przez te 4 lata. Jednak znów – nie da się nadrobić w 4 lata tego, czego nie nauczono mnie w podstawówce. Jeszcze przy tylu lekcjach, które mieliśmy w liceum. 
Na studiach miałam pewne problemy z dostaniem się do grupy na poziomie „intermediate” – ale lektorka i tak musiała spuścić z tonu i obniżyć granice punktowe testu wstępnego, bo nie zapewniłaby sobie odpowiednio dużych grup. Dla mnie żadne to pocieszenie…
Do tych typowo „angielskich” podręczników do angielskiego nigdy serca nie miałam – gdyby nie różne pomoce naukowe kupowane własnym zakresie, nie nadrobiłabym chociażby gramatyki.
Kolejny język: rosyjski. I jego zaczęłam się uczyć w podstawówce, także w 5. klasie. Z tym, że pisać nauczyłam się już sama już wcześniej, więc i dukałam też odrobinę. Natomiast podczas lekcji nauczono nas:
– pisania słowami daty – coś w rodzaju: dziś jest wtorek, dzień dzień ten i ten takiego i takiego miesiąca, danego roku.
– pisać (tych, co jeszcze rosyjskich literek nie znali)
– czytać (tych, co jeszcze nie umieli)
– kilku wierszyków na pamięć
JEDNA WIELKA STRATA CZASU!
Do języka rosyjskiego nie mam uprzedzeń; uważam po prostu, że jak już się w szkole uczy dzieciaki języka, to trzeba przemyśleć jakiś konkretny program, a nie ciągnąć podstawy przez 4 lata!

KOLEJNY PRZEDMIOT PECHOWY: INFORMATYKA

Informatykę (szumnie powiedzianą) miałam przez jeden rok szkolny w liceum (1994 / 1995) – jedną godzinę w tygodniu. Mieliśmy jeden komputer na 2-3 osoby!

Nie było nam jeszcze dane zobaczyć nawet Windowsa ’95. Nasze lekcje polegały na wykonywaniu poleceń nauczyciela w stylu: teraz naciśnijcie ten przycisk, potem ten, następnie ten…
Dla kogoś takiego jak ja, kto wcześniej tylko raz siedział przy kompie, żeby pograć w jakąś przedpotopową grę, to była jedna wielka czarna magia.
1. klasę liceum zakończyłam z przekonaniem, że ja i komputer to jakiś oksymoron – wykluczający się wzajemnie zestaw dwóch elementów. I że jestem ciemna masa do sześcianu w tym temacie. Dobrze, że w 2000 czy 2001 roku odważyłam się sama pójść do kafejki internetowej i jakoś się przemogłam…
Ile czasu straciliśmy na lekcje prowadzone niedbale? Co można sądzić o nauczycielce, która „wykłada temat” czytając go z podręcznika (sorry, ale to sami umieliśmy zrobić – wystarczyło powiedzieć: na następną lekcję przeczytajcie rozdziały 1. i 2., a za 3 tygodnie będzie sprawdzian do 5. rozdziału włącznie i nie zawracać nam głowy potrzebą siedzenia w ławce przez tych 45 minut). Niestety – tak właśnie wyglądały u mnie lekcje biologii przez 3 klasy liceum…

Wiem, że trudno próbować zarażać uczniów pasją do swojego przedmiotu, mając narzucony durny program przepełniony danymi, które mało komu się kiedykolwiek przydadzą, ale nie jest to problem tylko dzisiejszy – on już miał miejsce „za moich szkolnych czasów”. Moje pokolenie też jest w dużej części „ofiarą” z-z-z (zakuć-zdać-zapomnieć) w myśl zasady”: „ucz się, bo inaczej nie zarobisz na życie”. Mam studia, dodatkowe studium, uczyłam się dobrze i co? Kokosów z tego powodu nie mam! Bo nie liczy się sam fakt nauki, ale to, jak to, czego się uczysz, faktycznie przyda Ci się w życiu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *