Edukacja

Wszyscy muszą mieć skończone studia, żeby się później utrzymać?

Czy faktycznie 90% społeczeństwa musi skończyć przynajmniej studia licencjackie, żeby mieć minimum szans na utrzymanie siebie, a może i założonej kiedyś rodziny? Aby mieć nie tylko szansę na dobrą pracę i awans, ale na prawdę w goóle?

Kiedy byłam mała, słyszało się takie pouczenie: ucz się, ucz, bo będziesz takim dużym piórem po chodniku pisał = zostaniesz dozorcą / sprzątaczem i popychadłem, które w dodatku mało zarabia.

Źródło: Pixabay.com

Trzeba jednak pamiętać, że były to lata 80. i część 90. XX wieku, kiedy rynek pracy wyglądał inaczej, niż dziś.

Jednak nie wszyscy szli na studia. Na rynku szkolnictwa istniało stanowczo więcej, niż dziś techników i zawodówek. Ktoś mógł zacząć kontynuację nauki od tego ostatniego typu szkoły, a później uzupełnić wykształcenie w szkole kończącej się maturą, mając już zawód w ręku.

A później nagle zaczęło się jakieś dziwne „parcie” na to, że jak ktoś uczył się przynajmniej dobrze lub nawet tylko przeciętnie, powinien zrobić studia. Tylko one miały dawać młodym ludziom szansę na szybkie znalezienie pracy, awans, a więc i coraz lepsze zarobki i całą karierę zawodową. Efekt? Wielu młodych ludzi szło na studia od razu po maturze, często bez przemyślenia sprawy:

  • czy w ogóle chcą studiować – do pewnego momentu większość kierunków robiło się od razu na poziomie magisterskim / inżynierskim, więc takie studia trwały przynajmniej 5 lat – to dość długo
  • czy faktycznie wybrany (często przez rodziców) kierunek jest tym właściwym. Rodzice wskazywali zazwyczaj kierunki, po których była szansa na znalezienie pracy w zawodzie. Jednak jeśli zakres miał się nijak do predyspozycji studenta, ten albo studiów nie kończył albo po ukończeniu był tak zniechęcony, że i tak podejmował pracę niezgodną z wykształceniem lub dorabiał szkołę zgodną ze swoimi zainteresowaniami. Dodatkowo to, że w danym momencie dane studia niemal gwarantowały absolwentom szybkie znalezienie pracy w zawodzie, to za 3-5 lat mógł nastąpić przesyt owymi absolwentami na rynku pracy i… Właśnie. Kilka lat trudów idzie właściwie na marne, nie wiadomo na jak długo.

Odnośnie drugiego punktu: uczestniczyłam kiedyś w szkoleniu dla pracowników biur karier. I został tu właśnie poruszony temat, czy lepiej:

  1. wybrać studia, po których będzie wysoce prawdopodobne, że znajdzie się (nieźle płatną) pracę, ale w kierunku których dana osoba czuje się niespecjalnie mocna lub wręcz jest mu niechętna
  2. wybrać  studia (jeśli już komuś bardzo na nich zależy) zgodne ze swoimi zainteresowaniami, ale (często totalnie) bez gwarancji, że znajdzie się po nich pracę w wyuczonym zawodzie lub że w ogóle przyspieszą one znalezienie zatrudnienia.

Odpowiedź była taka, że lepiej doradzać punkt drugi, ale z zaleceniem robienia kursów dających konkretne umiejętności: szeroko pojęty komputer, w tym np. projektowanie stron www, czy kursy językowe, by choć jeden umieć perfekcyjnie itd. Z tym, że istotne było też to, żeby nie iść na studia na siłę, tylko po to, żeby mieć tytuł mgr z byle czego vel z czegokolwiek, nawet z jakiegoś śmiesznego, utworzonego na siłę kierunku. Już wtedy mówiło się (już poza ww. szkoleniem!), że wiele takich kierunków powstawało po to, żeby wykładowcy mogli utrzymać się na uczelniach / dorobić i żeby dać szansę tym młodym ludziom, którzy nie dostali się na żaden konkretny kierunek studiów, a zależało im  na studiach.

Źródło: Pixabay.com

Trzeba pamiętać, że studia to specyficzny czas, którego nie spędza się wyłącznie, czy też głównie na zabawie.  Na każdym kierunku trzeba się choć trochę pouczyć, a są i takie, na których bez regularnej nauki ani rusz! Nie każdy nadaje się do takiego stylu życia przez ładnych kilka lat pod rząd.

A później nastały czasy, kiedy jedne kierunki były  na wszystkich uczelniach oblegane, a inne ledwo się utrzymywały, bo przez kilka lat pod rząd żaden rocznik nie był obsadzony w 100%. A przecież – przeważnie – po drodze zawsze wykrusza się przynajmniej mały odsetek każdej studiującej grupy.

Źródło: Pixabay.com

Mając przez pewien do czynienia z przyszłymi i aktualnymi  studentami widziałam, że przynajmniej co czwarta z tych osób nie powinna była podejmować jakichkolwiek studiów – przynajmniej nie bezpośrednio po maturze. Dlaczego? Bo to nie była ich decyzja, a oni sami nie mieli pomysłu na swoją przyszłość. Co ja bym im wobec tego doradziła? Pójść po szkole do jakiejkolwiek pracy – poznałam też i takie osoby, które właśnie tak zrobiły i dopiero wtedy zaczęły odkrywać to, co chciałyby robić w życiu, do czego miały dryg itd.

Kiedyś powtarzano nam, że jeśli nie zrobisz studiów zaraz po maturze (i to najlepiej w trybie dziennym – a to jest istotne tylko przy niektórych kierunkach), to później możesz już nie mieć na to czasu, sił i szans. To działało na wielu młodych ludzi. Szli na studia, nie będąc w 100% przekonanymi, że to własnie to i we właściwym dla nich czasie.

Z własnego doświadczenia wiem, że nie tylko studia czegoś uczą. Nie jesteśmy wszyscy tacy sami. Mamy różne predyspozycje i zdolności.

Wiem też – również z własnego doświadczenia – że nasi rodzice zawsze będą patrzyli na świat, rynek pracy, możliwości rozwoju i zarobkowania wg tego, czego sami doświadczyli za młodu. Wielu chce narzucić identyczną ze swoją ścieżkę edukacji i „kariery zawodowej” swoim dzieciom – często 20, 30, a nawet 40 lat po tym, jak sami zaczynali dorosłe życie. A czasy i realia zmieniają się dość szybko. Czy i my tak zrobimy?

Idąc na studia, które aktualnie dają sporo szans na dobrą pracę, nie ma się pewności, że za 3-5 lat nadal będzie identyczne zainteresowanie ich absolwentami.

Jak więc podsumować cały problem?

Warto pomóc młodym ludziom:

  • myśleć o przyszłości najpóźniej z końcem podstawówki
  •  w znalezieniu jakiegoś konkretnego hobby, bo to może mieć wpływ na wybór zawodu, który pozwoli się utrzymać

Nie warto:

  • planować dzieciom ścieżki kształcenia od A do Z w jakiś sztywny sposób, np: obowiązkowo podstawówka, liceum i natychmiast konkretne studia zwłaszcza, jeśli one same np. nie widzą się stadiach, przynajmniej nie natychmiast po szkole średniej
  • myśleć za swoje pełnoletnie już dziecko

Trzeba pamiętać, że:

  • czasy się zmieniają, podobnie jak zapotrzebowanie na przedstawicieli konkretnych zawodów na rynku  pracy – czasem różnicę robi już 3-5 lat
  • żadne studia nie gwarantują (dobrej) pracy i świetlanej przyszłości na kilkadziesiąt lat obecności danego człowieka na rynku zatrudnienia, liczy się więc mobilność i otwartość na zmiany, a nie tylko dyplomy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *