Co z tym wydawaniem reszty?

Dwa wpisy wstecz mówiłam o tym, co może denerwować w sklepach stacjonarnych. Dziś chciałabym rozwinąć nieco podpunkt „a mogę być winny/-a grosza„? Chodzi ogólnie o wydawanie reszty.

Źródło: Pixabay.com

W innym wpisie, już kilka miesięcy temu, poruszałam sprawę gotówki i jej ciągłej powszechnej obecności w naszym życiu. Pomimo tego, że od lat mamy do dyspozycji „pieniądz plastikowy” (karty płatnicze) oraz bankowość internetową + możliwość płatności telefonem, a nawet zegarkiem (!!!), wiele osób wciąż używa portfela, nie tylko do noszenia dokumentów i kart płatniczych, ale ma w nim po prostu gotówkę.

Wciąż potrzebujemy tradycyjnych pieniędzy, bo czasem tylko nimi możemy zapłacić. Np. w jednym z dużych miast Polski, w wielu pojazdach komunikacji miejskiej w automatach sprzedających bilety można zapłacić TYLKO GOTÓWKĄ, mało tego: WYŁĄCZNIE BILONEM. Coraz częściej dodawana jest już jednak opcja płatności kartą.

Wspominałam już też, że wyłącznie gotówką zapłacimy na większości targowisk na wsiach i w niewielkich miastach.  Z drugiej strony, zdarzają się też miejsca, w których odgórnie narzuca się wyłącznie płatności bezgotówkowe.

Wracając do zwykłych zakupów w najzwyklejszych sklepach – spożywczych, odzieżowych, z artykułami gospodarstwa domowego itd…

Źródło: Pixabay.com

Ile razy tutaj zdarzają się problemy z wydaniem reszty, zwłaszcza, gdy klient podaje banknot o nominale przynajmniej 100 zł, a jego zakupy kosztują kilka – kilkanaście zł? Najczęściej słyszymy wtedy:

  • a nie ma drobniej?
  • a może chociaż końcówkę (groszową) dostanę?
  • nie mam jak wydać!

Ostatni problem dotyczy szczególnie niewielkich sklepików, zwłaszcza w godzinach porannych.

Nie ma przepisu mówiącego, że kasjer / sprzedawca ma obowiązek zawsze mieć jak wydać. Są jednak sytuacje, gdy klient z premedytacją daje „duży banknot”, ale też zwykle sytuacje życiowe: klientowi po prostu skończyły się drobne, bo w kilku poprzednich sklepach starał się chociaż wygrzebać z portfela „końcówkę”.

Czyli kasa sklepowa to miejsce krzyżowania się problemów 2 stron transakcji: klienta i sprzedawcy (często reprezentowanego przez kasjera). Mimo, że gotówką płacimy już naprawdę sporo lat, jakoś do tej pory nikomu nie chciało się znaleźć rozwiązania problemu „nie mam jak wydać – nie mam drobniej i nie mam gdzie rozmienić”.

Kiedy ludzi otrzymywali wynagrodzenie w gotówce (np. w kasie zakładowej), dostawali przede wszystkim największe możliwe nominały, aby już po najniższą krajową nie trzeba było przychodzić z walizką. Drobnymi dostawali tylko końcówkę. Podobnie renciści i emeryci – listonosze przecież też nie mogli wozić pieniędzy wózkiem.

Dzisiaj większość rozliczeń miedzy pracodawcą i pracownikami odbywa się bezgotówkowo – przelewem na konto. Coraz więcej emerytów też posiada już konta bankowe.

Jednak, czy wypłacimy całość, czy część wypłaty / świadczenia w kasie banku, czy z bankomatu, też dostaniemy raczej największe możliwe nominały. W kasie można od biedy poprosić o wypłatę 100-200 zł drobnymi (np. po 20, 10 i 5 zł), ale bankomat już nie jest aż tak wyrozumiały. 

Źródło: Pixabay.com

W wielu tego typu urządzeniach dostępne są tylko nominały: 200, 100 i 50 zł, w innych – przy dobrych układach, także 20 zł. Jednak nie ma się co łudzić, że klient ma wpływ na to, jakimi banknotami dostanie zarządzaną kwotę. Chcesz 500 zł? Najpewniej dostaniesz 5 x 100 zł albo 2 x 200 zł i 1 x 100 zł; część może drobniej, jeśli banknotów 100 zł jest mało w bankomacie.

Czyli zostajemy z dość „grubymi” pieniędzmi i teraz: co zrobić? Można zajrzeć do banku i poprosić o rozmianę, ale teraz pomyślmy – niech co 3. człowiek codziennie robiący podstawowe zakupy spożywcze  idzie co kilka dni do banku rozmieniać kolejne 100-200 zł, bo na drugi dzień z rana pani ze sklepiku nie będzie miała jak wydać. To raczej nie przejdzie, bo:

  1. Tworzyłyby się kolejki, a usługa rozmiany nie przynosi bankowi przychodu (no chyba, że rozmiana każdego 100 zł kosztowałyby np. 1 zł, ale jaki klient by na to przystał?)
  2. W banku dosyć szybko skończyłyby się banknoty o nominałach mniejszych, niż 100 zł, z pewnych względów żaden oddział banku na to się nie zgodzi.

Co tu dużo mówić: przedstawicielom sklepów znacznie łatwiej poprosić bank o przysługę rozmiany nawet po bardzo drobnemu pewnych kwot – oni są klientami biznesowymi i jednak jest ich mniej, niż klientów. Po drugie, mogą wynegocjować z bankiem, że np. raz na tydzień będą prosić o porządną rozmianę nawet 1000 zł lub więcej (zależy, czy chodzi o niewielki sklep, czy hipermarket – przedstawiciela sieciówki).

 

Dlaczego nikt do tej pory nie wpadł na pomysł jak ułatwić ludziom rozmainę pieniędzy?

Mogłoby to być np. urządzenie podobne do wpłatomatu-bankomatu tyle, że do rozmieniania: wpłacasz 200 zł, a chcesz dostać 2 x 50 zł i 5 x 20 zł – zaznaczasz taką opcję i „rozmieniacz” wydaje Ci żądane banknoty – proste?  Oczywiście zasoby musiałyby być uzupełniane co jakiś czas, jak w bankomacie, a np. maksymalna wartość pieniędzy w środku nie mogłaby przewyższać 5000 – 10 000 zł (w zależności od miejsca). Niemożliwe, bez sensu, nie sprawdzi się? Dopóki gotówka jest w powszechnym użytkowaniu, jak najbardziej tak.

Źródło: Pixabay.com

W niektórych hipermarketach są kasy samoobsługowe, także przyjmujące gotówkę. Widziałam, jak po kilku klientów pod rząd wkładało do nich 100 zł przy na prawdę drobnych zakupach (np. puszka napoju gazowanego + batonik) i żadna kasa nie zaśpiewała przy którymś z kolei kliencie: sorry, nie mam jak wydać.

 Droższe rzeczy: sprzęt RTV i AGD, auta itd., kupuje się płacąc kartą lub biorąc je na raty, a więc bez obiegu gotówki. Natomiast sporo naszych codziennych zakupów mieści się w w stanowczo mniejszych kwotach, niż ww. rzeczy i są wciąż w wielu przypadkach opłacane „tradycyjnymi pieniędzmi”. Stąd moje zastanowienie, czy nie lepiej więc, aby krążyło więcej banknotów o nominałach 10, 20 i 50 zł, w miejsce części 100 i 200 zł? Może wtedy byłoby mniej problemów na linii: kasjer-klient.

(Visited 1 times, 1 visits today)