„Kup pan pracę dyplomową”

O sens samego studiowania już pytałam. A dziś trochę o tym, że nie każdy ma ochotę pisać pracę dyplomową kończącą studia – przecież jej napisanie można komuś zlecić… 

PRZECIEŻ TAK NIE MOŻNA! – obruszy się jeden z drugim – TO OSZUSTWO!

Tak, zgadza się – jeśli zlecisz osobom trzecim napisanie za siebie wypracowania, pracy zaliczeniowej lub wręcz dyplomowej na jakimkolwiek szczeblu naukowym i podpiszesz się pod nią, jakoby napisaną przez Ciebie, to popełniasz przestępstwo. A jednak są w polskim internecie strony, za pośrednictwem których możesz zlecić napisanie krótkiej rozprawki, referatu, opracowania z j. polskiego, historii (…), pracy zaliczeniowej na koniec semestru i… pracy dyplomowej.
Jednak jeśli efekt zlecenia wykorzystasz jako dodatkowe źródło do nauki lub samodzielnego napisania zadanej w szkole lub na uczelni wyższej pracy, to jest to już wybaczalne.

Czy takie oszustwo można wykryć?

Ktoś powie: wystarczy zamówioną pracę dokładnie przeczytać, zapamiętać na dziesiątą stronę, aby nie polec w krzyżowym ogniu pytań i po problemie. I być może sporemu odsetkowi delikwentów to się uda – nie będę tu prawić morałów o własnej satysfakcji, moralności itp. – po prostu: takie życie. Gdyby nie było popytu, nie byłoby i podaży… 
Jest jednak zawsze pewne ryzyko: że osoby przyjmujące takie zlecenia, pisząc kolejne zamówienia z konkretnych działów naukowych (np. tylko / głównie z ekonomii, historii, czy matematyki albo z co najwyżej 2-3 dziedzin), w końcu zaczną sobie sprawę ułatwiać. Tematy prac licencjackich i magisterskich bywają do siebie podobne – na tyle, że można na kanwie jednej bazy stworzyć od kilku do nawet kilkunastu prac, które będą do siebie bardzo podobne – ZBYT PODOBNE. A jeśli – dodatkowo zostaną napisane tym samym stylem, to wprawne oko jakiegoś „detektywa” może to dostrzec. Mają bowiem miejsce i takie zbiegi okoliczności, że dwie bardzo podobne do siebie prace „zostaną napisane” u tego samego promotora. Nie wspominając już o tym, że wiele uczelni zaczyna korzystać z programów antyplagiatowych.
Ktoś powie, że na podobne tematy nie da się napisać w końcu już nic nowego, odkrywczego. Tyle, że prace na poziomie licencjackim i magisterskim nie muszą być odkrywcze – jeśli są, bywają podstawą do napisania w późniejszym terminie doktoratu.
Czy naprawdę dotwarzanie swoimi słowami tego, co już ktoś napisał w książkach, gazetach, artykułach, w Internecie, czy powiedział w jakiejś audycji jest aż tak trudne? Owszem, niektóre tematy wymagają i części badawczej – np. zrobienia eksperymentu, przeprowadzenia ankiet, czy obserwacji sytuacji i na tej podstawie wysnuwania wniosków, ale przecież po coś się studiowało przez tych kilka lat: po to, aby określone umiejętności posiąść.

Są osoby, które twierdzą, że one i pisanie to „buty nie do pary”. To co? Nie wiedziały, że każde studia – czy humanistyczne, czy ścisłe – kończą się jakąś większą pracą zaliczeniową? Niektóre to lity tekst, w innych jest mniej lub więcej miejsca na różne obliczenia, grafiki czyli ogólnie „nie-teksty”, które mogą jednak wymagać opisowego komentarza. Mamy więc pierwszą wymówkę: ja i pisanie to nieporozumienie. A druga to (czasem jednoczesna, innym razem nie): studiuję i pracuję i nie mam czasu na pisanie pracy końcowej! I znowu – czyżby żyli do tej pory w błogiej nieświadomości co do zasad końcowego zaliczenia całości danych studiów?
Studia – póki co – wyglądają w Polsce tak, a nie inaczej i niewiele się pod tym względem zmienia nie tylko w ciągu „kadencji” danego rocznika na uczelniach, ale i – w wielu aspektach – w ciągu całych dekad. Czyli jest czas, żeby zdecydować:

  • co studiować
  • jak studiować (dziennie, zaocznie, wieczorowo)
  • czy w ogóle studiować i tak naprawdę po co?

Jeśli po szkole podstawowej (niektórzy też gimnazjum), szkole średniej zakończonej maturą i wreszcie studiach, ktoś:

  • nie czuje się na siłach
  • twierdzi, że nie da rady lub
  • nie potrafi albo nie ma czasu (!!!) napisać pracy kończącej dany stopień studiów (a takich przypadków wydaje się być coraz więcej),

to albo on sam robił wszystko po łebkach albo nasz system edukacji faktycznie jest do niczego – albo jedno i drugie.
Nie są to rozważania nt. po co w ogóle  pisze się prace licencjackie i magisterskie – w końcu (wg wielu) studia trwające kilka lat to wiele zaliczeń i egzaminów, które trzeba zdać, aby każdy rok zaliczyć, więc po co jeszcze takie zawracanie głowy na koniec? Widać, żeby pokazać, że faktycznie coś się z tym studiów wyniosło. Takie podsumowanie to dowód na to, że opracowanie danego tematu związanego z przebytymi właśnie studiami nie jest dla danej osoby problemem.

Piszą, zarabiają i dobrze się mają się dobrze

Pisaniem prac na zamówienie zajmują się osoby prywatne i całe serwisy. Przeważnie posługują się określeniem „pomagania” w pisaniu prac. W regulaminie lub mailach, które wysyłają w odpowiedzi na ewentualne reklamacje piszą, że to co udostępniają klientom może być jedynie podstawą do samodzielnego napisania danej pracy, do nauki itp. a wykorzystanie otrzymanej pracy jako własnej będzie niezgodne z prawem. I jest to pewne zabezpieczenie przed ewentualnymi skutkami prawnymi, gdyby ktoś nakrył danego klienta na oszustwie i po nitce do kłębka trafił do faktycznego autora danej pracy. Wtedy ten pokazuje swój regulamin / e-mail jako dowód, że uprzedzał klienta co do zasad współpracy.
Jednak to, że tyle osób prywatnych i serwisów para się taką „pomocą” w pisaniu prac i jakoś egzystują już od jakiegoś czasu oznacza, że mają klientów. Klientów, których 80% zamierza przedstawić produkt końcowy zamówienia jako własne dzieło. Liczą więc na pracę spełniającą podstawowe wymogi swojej uczelni. Bywają więc zdziwieni, że często otrzymują „kopiuj-wklej” całych artykułów i fragmentów publikacji naukowych – wiedzą, że to nie przejdzie, bo to wyraźny plagiat. Inny serwis lub osoba prywatna i owszem – napisze dobrą pracę, dokona darmowych poprawek, rozbije płatność na raty, ale nadal – jeśli klient podpisze się pod efektem końcowym jako własnego autorstwa, popełnia przestępstwo, nawet jeśli nie zostanie ono wykryte.

Upiekło mu  / jej się, skończył/-a studia

Delikwent ma sprawę załatwioną: oddał pracę (którą napisał za niego ktoś inny), skończył studia, dostał tytuł licencjata / magistra, tylko czy nie jest on wobec tego licencjatem / magistrem  w pewnym stopniu „kantowanym”?

Nikt się przecież nie dowie, a ja sobie świetnie daję radę w pracy, którą dostałem dzięki tym studiom – stwierdzi jeden z drugim. Tylko, czy nie jest tak, że niektóre osoby zachęcone tym, że takie oszustwo przeszło i nie zostało odkryte, nie będą dalej kręcić i oszukiwać? Może będą sobie przypisywać efekty pracy i sukcesów innych, żeby awansować? I tu często wyjdzie szydło z worka, bo nie każdy umie długofalowo tak lawirować.
Ilu pracodawców zatrudniłoby absolwenta studiów wiedząc, że jego pracę końcową napisał od A do Z zupełnie ktoś inny?
Jeśli ktoś w przypadku pisania za kogoś chce podjąć dyskusję o ghostwritingu, polecam dość jasne nakreślenie tematu jego zgodności z polskim prawem.
Ja powiem tylko jedno – odcinając się od ewentualnej (nie)zgodności z prawem wszelakiego ghostwritingu: dla mnie czym innym jest większa lub mniejsza pomoc w napisaniu powieści (nawet takiej, która przyniesie sukces tylko osobie, dla której ją napiszę, czy pomogę napisać), a co innego, jeśli ktoś dzięki mojej pracy zdobędzie tytuł naukowy, nawet na najniższym poziomie. W końcu więcej osób kończy studia, niż pisuje książki i to takie, które odniosą choć minimalny sukces.
Być może podchodzę do tego problemu zbyt drastycznie, ale jednak: wiesz, że nie jesteś stworzony do pisania większych objętościowo prac? Nie idź na studia. Wierz mi: to nie jest obowiązkowe.
Zarabiać i rozwijać się zawodowo można zacząć i bez studiów; a decyzję o samych studiach oraz o kierunku można kiedyś podjąć bardziej świadomie.

Author: paniokularek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *