A jak to było z naszym przedszkolnym chorowaniem?

Ogólnie o chorowaniu dzieci w szkole i przedszkolu była już mowa. a jak to było u mnie i mojej córeczki?

Ja w przedszkolu chorowałam sporo – nawet do szkoły mnie nie chcieli puścić, bo obawiali się, że z powodu marnej frekwencji za mało umiem. Ale jak się okazało, że znam wszystkie literki, już coś tam dukam i potrafię coś zapisać, już nikt nic nie mówił. Jak miałam 10 lat, lekarce przyszło do głowy, że mogę być alergiczką. I faktycznie – okazało się, że jest uczulona na trawy i niektóre drzewa. Dziś przypuszczam, że część tych zdiagnozowanych zapaleń oskrzeli i płuc mogło być objawami astmy towarzyszącej alergii. Dzięki leczeniu „wyrosłam” z niej. Dopiero stosunkowo niedawno objawy powróciły i znów jestem skazana na leki. Jakoś się jednak żyje, bo wiem, że to uczulenia i biorę właściwe środki medyczne, już bez zgadywania przyczyn przykrych objawów.
Natomiast moja córa – urodzona na pograniczu wcześniactwa, zanim poszła do przedszkola, miewała infekcje do 3 razy do roku. Antybiotyki przed przedszkolem (poszła w wieku 5,5 roku) – może 3. A w przedszkolu zaczęło się: tydzień tam, 2,5-3 w domu. W pierwszym semestrze przechodziła może miesiąc. Nie były to jakieś poważne choroby – na szczęście obyło się bez stanów zapalnych, ale niestety infekcje przeciągały się.

W drugim półroczu zaliczyłyśmy wiatrówkę, po której zaczął Młodą męczyć suchy kaszel. I to do tego stopnia, że lekarka – mimo, że mamy wszystkie obowiązkowe szczepienia zaliczone na czas – podejrzewała nawet krztusiec. Ostatecznie okazało się, że infekcję wywołała na 95%  mykoplazma – tak wskazały badania krwi; pomógł antybiotyk.
W zerówce było już duuuużo lepiej. Owszem, po pierwszym tygodniu zajęć znów była lekka infekcja, ale Młoda miała już stanowczo mniej kaszlu. Najgorszy był listopad. Zaczęło się od krtani, której stan poprawił się szybko po zaleconej przez lekarza kuracji. Później jednak znów dało o sobie znać gardło i niestety – łącznie miałyśmy z głowy 3 tygodnie pod rząd. Ale później było już na prawdę OK – zwłaszcza jak na 2, rok chodzenia do przedszkola. Do świąt córa chodziła. W styczniu były jakieś pojedyncze dni nieobecności, ale jeden wynikał z wizyty u logopedy. Drugi semestr – może jedna tygodniowa infekcja i jakieś pojedyncze dni w domu – po części z powodu logopedy, a nie infekcji.

W ciągu 1. semestru I klasy Młoda opuściła ok. półtora tygodnia, ale nie pod rząd. Część nieobecności wynika z wizyt u logopedy. Czyli porównując analogiczny okres do poprzednich 2 lat,było po prostu super. Oczywiście liczyłam się z tym, że w trwającym wciąż okresie zimowym (i przedwiosennym) może nam się coś przytrafić z infekcji, ale na pewno nie będę czekać z pozostawieniem dziecka w domu aż infekcja się rozwinie. Dlaczego? W już w zeszłym roku przekonałam się, że wtedy infekcja szybciej przechodzi – dziecko ma szanse odpocząć, a organizm szybciej „ogarnia sytuację”. 
Początkiem drugiego semestru przez podstawówkę przeszła istna zaraza – były dni, kiedy obecnych było 30% dzieci! U Młodej skończyło się na lekkim katarze, drapaniu w gardle i kaszlu o niezbyt dużym natężeniu (gorączka przez półtorej doby). Siedziała w domu 2 tygodnie. Wróciła na 3 dni i ogłoszono zamkniecie palcówek szkolnych. Od tego momentu Młoda jest zdrowa.

Author: paniokularek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *