Szybkie ozdrowienie po środku na objawy choroby?

Mamy w tej chwili specyficzną sytuację  – z racji pandemii koronawirusa musimy stosować się do zaostrzonych zaleceń co do zminimalizowanych kontaktów osobistych z innymi ludźmi. A jak to bywało do tej pory w okresach jesienno-zimowych, kiedy co roku tysiące osób w skali samej Polski przechodziło choroby: od drobnych infekcji, poprzez grypę, aż po jej powikłania, nawet w postaci ciężkich zapaleń płuc i mięśnia sercowego? Kiedyś zalecano po prostu, aby nie czekać na rozwój choroby i po prostu wygrzać się w domu – także po to, żeby nie zarażać innych. I bez tego grypa atakowała sporą grupę ludzi.

A co dzieje się dzisiaj?

Często zainfekowana osoba mówi, że po prostu MUSI być w pracy, choćby nie wiem co. Idzie więc – często „na ostatnich nogach” – i zwykle wraca jeszcze bardziej chora, niż wychodziła. Ile osób zaraziła w międzyczasie?
Co gorsza, wiele osób to samo robi ze swoimi dziećmi. Wymawiając się, że „przecież muszą zarabiać na rodzinę”, wysyłają do przedszkola lub szkoły zainfekowane pociechy. I nie chodzi mi o sytuacje, kiedy można powiedzieć, że „katar to nie choroba”, choć przecież każdy z nas przynajmniej raz doświadczył sytuacji, kiedy „głupi katar” właściwie uniemożliwiał funkcjonowanie przynajmniej przez 2-3 dni. Jedno chore dziecko zarazi kilka innych i tu już kilkoro rodziców ma problem.

Wracając jednak do dorosłych…

Od iluś lat mamy do dyspozycji kilka środków (proszek do rozpuszczania w wodzie, tabletki do łykania…), które mają nas najwyżej w kilkanaście / kilkadziesiąt minut od zaaplikowania postawić na nogi likwidując lub minimalizując przykre objawy takie jak: katar, kaszel, gorączka, czy bolące mięśnie. Reklamy pokazują nam, że po zastosowaniu tych środków poczujemy się tak świetnie, jakbyśmy byli już zdrowi. Możemy spędzić noc w klubie na zabawie ze znajomymi albo nawet pojechać na narty, czy być aktywni w inny sposób, jakby grypy w ogóle nie było.

Środki takie zawierają składniki faktycznie mające przytłumiać ww. wspomniane objawy. Niektóre – dodatkowo – mieszczą też witaminę C i składnik przeciwzapalny. Jednak żaden z tych środków nie spowoduje wyleczenia po 1, 2, czy nawet 3 dawkach! Nasz organizm nadal walczy z lżejszą lub poważniejszą infekcją. W tym drugim przypadku – nawet po zastosowaniu „saszetki” – jesteśmy nadal osłabieni. I – co też istotne – wciąż zarażamy innych! A organizm – pozbawiony odpoczynku i znów wrzucony na pełniejsze obroty, „bo przecież czujemy się lepiej” – na pewno nie zwalczy infekcji szybciej.
Nie jestem całkowicie przeciwko stosowaniu takich środków. Przydają się, żeby móc spokojnie przespać noc – a sen jest ważny podczas zdrowienia – i jakoś przetrwać zwłaszcza w pierwsze dni, kiedy z zatkanego nosa kapie, nie można mówić z powodu bólu gardła, a głowa boli (gorączka) i w mięśniach łupie…
Jednak są takie infekcje, przy których wychodzenie – nawet po przytłumieniu objawów – jest nie tyle nierozsądne, co wręcz głupie. Taka grypa na przykład – każdy lekarz powie, że nie można jej ignorować. Zastosowanie saszetki na jej objawy poprawi nasze samopoczucie, ale nie spowoduje, że jesteśmy od razu zdrowsi.
Wszystko jest dla ludzi, jeśli stosuje się to z głową. A ze zdrowiem nie warto igrać…

Author: paniokularek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *